Jeśli zdecydujemy się na zakup bazowej, wolnossącej wersji silnikowej, koszty serwisowania nie przekroczą poziomu typowego dla zwykłych aut segmentów B i C. To fantastyczna wiadomość, dla wszystkich miłośników scudetto, którzy do tej pory ze względów finansowych musieli decydować się na inne, znacznie bardziej poślednie marki.
W ciągu ostatnich 30 lat Alfa wielokrotnie próbowała wyprodukować tani, budżetowy model. Do chwili debiutu MiTo były to próby nieudane.
Koronnym przykładem był model Arna produkowany w latach 1983-1987 w ramach kooperacji z Nissanem. Do śmiertelnie nudnego japońskiego nadwozia zapakowano kłopotliwe w obsłudze, choć oczywiście przyjemnie brzmiące silniki typu bokser o pojemnościach 1.2, 1.3 lub 1.5. Kompletna klapa tego przedsięwzięcia była w zasadzie do przewidzenia. Kto chciałby jeździć zwyczajnym, brzydkim a na dodatek wolnym kompaktem, którego serwisowanie wymaga od mechanika specjalnych umiejętności?
Następcą Arny był model 33. Tym razem auto miało już odpowiedni charakter. Ci którzy zdecydowali się na jego zakup, zakochiwali się w nim po pierwszych przejechanych kilometrach. Świetnie się prowadził, fantastycznie brzmiał. Mimo całego swojego uroku nie był jednak autem dla "Kowalskiego". Koszty serwisowania i ograniczona sieć serwisów wyspecjalizowanych w naprawach silników typu bokser odstraszały skromnie zarabiających nabywców.
Podobnie sprawa miała się z gamą 145/146. W roku 1997 boksery zastąpiono rzędowymi Twin Spark-ami, ale z czysto ekonomicznego punktu widzenia również nie było to dobre posunięcie. Później doczekaliśmy się prześlicznego modelu 147. Tym razem samochód celował już wyraźnie w segment premium. Jego nadwozie oprócz zaawansowanych silników benzynowych kryło także skomplikowane, typowo sportowe zawieszenie. Nie łudźmy się. Wszystkie te samochody celowały w rynkową niszę. Dla ludzi z klasą, dla ludzi z kasą, ale bez szans na rywalizację przebojowymi kompaktami liderów komercyjnego rynku.
