Peugeot 207. Dla jednych jest symbolem zwycięstw na rajdowych trasach, dla innych - niemal wzorcowym samochodem dla kobiet. Jest w końcu taki "trendy" (zupełnie przypadkowo właśnie tak nazywa się jedna z wersji wyposażenia).
No cóż. Moim zdaniem ani jedno ani drugie. Seryjna "207" nie ma w zasadzie nic wspólnego z wersją WRC. A to "damskie" szufladkowanie również jest nie na miejscu. Z czysto technicznego punktu widzenia 207 jest po prostu kawałkiem solidnie wykonanego auta, szczególnie w prezentowanej wersji 1.4 VTi, przy projektowaniu której swoje trzy grosze dodało BMW.
Nadwozie "207" wygląda tak jak wygląda i nie zamierzam się nad tym rozwodzić. Warto jedynie wspomnieć, że w roku 2009 samochód przeszedł dyskretny lifting. W sumie to już taka niepisana tradycja Peugeota, żeby modernizować auta w sposób rozpoznawalny jedynie przez ortodoksyjnych miłośników marki. "206" w wersji "sprzed liftu" i "po lifcie" różniły się głównie kloszami reflektorów. W starej były użebrowane, w nowszej gładkie. Smaczkiem był większy znaczek na tylnej klapie.
"Nowa" 207 od "starej" różni się nieznacznie zmodyfikowaną pokrywą silnika, oraz jak jest napisane w oficjalnych materiałach prasowych: "wyraźnie podkreślonymi elementami chromowanymi oraz nowymi tylnymi światłami diodowymi o spektakularnym wyglądzie".
W moim odczuciu dla potencjalnego nabywcy "207" istotne są trzy rzeczy. Po pierwsze - zarówno z przodu jak i z tyłu wsiada się do samochodu wygodnie, choć kąt otwierania tylnych drzwi mógłby być odrobinę większy. Po drugie - bagażnik ma regularne kształty i jest łatwo dostępny. Po trzecie - francuzi zerwali z tradycją podwieszania koła zapasowego pod samochodem. Minusem jest to, że jeśli podczas wakacyjnych wojaży złapiemy kapcia, trzeba będzie rozpakowywać cały bagażnik. Plusem - brak problemów z odkręcaniem zapieczonej śruby mocującej kosz z "rezerwą".
